Cześć, mam na imię Monika, a to mój Monomonolog. Od 15 lat projektuję wnętrza, a od 5 mieszkam między Teneryfą a Polską. Wyspa daje mi nieprzerwane źródło inspiracji i dystans do dynamiki kontynentu i Polski.
Moją uwagę ostatnio zwróciła wystawa malarstwa Moniki Stolarskiej, na którą trafiłam za sprawą podpowiedzi insta, podczas pobytu w Warszawie. To był dokładniej jeden obraz, którego kolorystyka przypominała mi zachody słońca na Teneryfie — kobaltowe, granatowe, różowe, czasem purpurowe.
Byłam właściwie przekonana, ale też zaciekawiona, czy artystka czerpie z natury — a jeśli tak, to z jakiej? Bo przecież wyraźnie odczytuję wulkaniczne kształty gór, intensywność kolorów nieba i chropowatość oceanicznej wody.

Zatem w ostatni weekend popędziłam odwiedzić galerię R2OT, żeby przekonać się o słuszności mojej teorii. Ale! Niestety nie potwierdziła się — malarka nigdy nie była na Teneryfie ani na Wyspach Kanaryjskich, nie zna tego krajobrazu. Od razu poczułam, jak zalewa mnie mistyczny zachwyt i zaczynam snuć wyobrażenia o przeszłych życiach — jej, a moim obecnym — albo marzeniach sennych, które ona śni, kiedy ja tego doświadczam teraz, które mogły nas w jakiś nieziemski sposób połączyć. Sprawdzam w myślach tranzyty i zastanawiam się, czy to nie sprawka Neptuna.
Ale przypomniała mi się historia z konkursu na plakat, w którym jako studentka IAV w Orleanie brałam udział. W tamtym czasie zadaniem, na które mieli odpowiedzieć uczestnicy, była „ksenofobia”. Przekonana o słuszności wybranej ekspresji graficznej, stworzyłam obraz, w którym osoby siedzące naprzeciwko siebie wymierzają sobie palec w oko. Taki rodzaj surrealistycznego, głupiego pojedynku. Nie wygrałam, potem okazało się, że podobnych prac było co najmniej kilkanaście, a co ciekawsze, prawie żadna praca nie była na tyle oryginalna, żeby nie miała swojego odpowiednika w formie graficznej czy skojarzeniowej. Były różne techniki, ale co do znaku, ikonografii i symbolu wszyscy uczestnicy porozumiewali się jakimś symbolem, który się powtarzał. Ikonograficznie — podobne.
Może jesteśmy kulturowo (zwłaszcza w tym zakątku globu) tak bardzo ze sobą powiązani, że trafiają do nas te same treści — na Instagramie, w albumach, na profilach znajomych, w telewizji, na wystawach. Pomimo tak wielkiej produkcji obrazu prawdopodobnie mielimy ciągle to samo.



A potem, jako twórcy, wybieramy połączenia kolorystyczne i kształty — znane lub w jakiś sposób bliskie. Takie, które wydają się tworzyć naszą własną opowieść. To doświadczenie zainspirowało mnie do wyjścia poza swoje ramy i przyzwyczajenia. Do sięgania po rozwiązania nieoczywiste. Porzucenia Instagrama na rzecz studiowania starych magazynów lub albumów, zaglądania do nieoczywistych miejsc. Nie fotografowania, zapamietywania poprzez dotyk, zapach. Marzę.
Buntuję się. Manifest kwietniowy. Dlatego bloguję, nie reelsuję.