Art Basel było moim marzeniem od dawna i spełniło się w mgnieniu oka. Okazuje się, że Szwajcaria leży na wyciągnięcie ręki z Teneryfy. Bezpośredni lot, komfortowy, niemal teleporter. Do tego zaproszenie otrzymałam od znajomego kolekcjonera sztuki, który wprowadził nas (zgrana ekipa) w święto świata artystycznego osadzonego w świecie biznesu.

Art Basel to targi, na których obok siebie wystawiają się galerie światowej klasy, posiadające w swoich kolekcjach dzieła warte miliony i budujące swoją reputację od dekad, oraz te młode, promujące nowych, świeżych i offowych artystów – również z wielu zakątków globu. Podczas targów Art Basel miasto pełne jest wydarzeń towarzyszących: wystaw, parkourów, koncertów i performansów. Nie sposób zobaczyć wszystkiego, zwłaszcza gdy trzydziestostopniowy upał nie odpuszcza nawet wieczorem.
Sztuka w tych niepewnych ekonomicznie czasach ma się zaskakująco dobrze. Bazylea to miejsce, w którym trzeba być, żeby wiedzieć, co jest popularne wśród marszandów, teoretyków, kuratorów, kolekcjonerów i wszystkich tych, którzy oddychają sztuką, żyją z niej albo od czasu do czasu zmieniają zawartość swojej prywatnej kolekcji w zakątku luksusowego apartamentu. Moje zainteresowanie sztuką nigdy nie polegało na jej „liczeniu” – polega głównie na odczuwaniu, nawet niekoniecznie rozumieniu. Nie śledzę popularności twórców, nie liczy się dla mnie nazwisko, lecz to, co dzieło ze mną robi. Znam oczywiście nazwiska z albumów sztuki – malarzy, fotografów, performerów – ale jest to wiedza ogólna, niemal encyklopedyczna. Są jednak nazwiska, które zostają we mnie na zawsze: Matthew Barney, Joseph Beuys, Barnett Newman, Vanessa Beecroft, Francis Bacon, Richard Avedon. Bo ten świat jest pełen niesłychanych twórców, dzieł i historii, które niosą w sobie ciężar czasów, w jakich powstały. To właśnie z dzieł artystów bije najmocniejszy przekaz. Wytężam słuch, wyostrzam wzrok, nastawiam swój wewnętrzny radar i zbieram sygnały o dzisiejszym świecie, ale przede wszystkim – o świecie jutra i o głosie dla przyszłych pokoleń.
Szukam powtórzeń, szukam spójnej narracji, którą mogę zrozumieć po swojemu…To moja subiektywna opowieść. Nic więcej.

Tym, co naprawdę mnie zatrzymało – nie tylko swoim rozmiarem – była Unlimited, główna wystawa Art Basel, kuratorowana przez Rubę Katrib, kuratorkę z MoMA w Nowym Jorku. Na tej wystawie dzieła mają szansę zaistnieć w otwartej przestrzeni. Na powierzchni 16 000 m² znajdzie się miejsce dla każdego dzieła, nawet najbardziej monumentalnego. Dlatego prezentuje się tu wyłącznie prace duże, scenograficzne – monumentalne rzeźby i instalacje. Nie inaczej było w tej sali, do której trafiłam przypadkiem, błądząc od instalacji do instalacji. Prace Thomas Ruff, niemieckiego fotografa prezentowanego przez David Zwirner. Dwanaście wielkoformatowych wydruków, oprawionych w minimalistyczne ramy pod białym szkłem, ułożonych w rytmiczną kompozycję – to kadry z zamachu z 11 września 2001 roku na WTC. Obrazy pozyskane z niskorozdzielczych plików JPG z internetu, przetworzone, rozciągnięte do granic piksela, zwielokrotnione i zinterpretowane na nowo – dosłownie. Każdy piksel został świadomie przetworzony, powiększony i usystematyzowany. Niby to błahe, ale w jakiś magiczny sposób oddziałuje z siłą, której nie da się przewidzieć. Wstrząsające. To apokalipsa tamtych czasów, obraz, który wraca prosto do zbiorowej pamięci. Zastanawiam się, czy to właśnie wtedy był ten moment, kiedy pożegnaliśmy dawny świat. Przypominam sobie ten dzień. Jestem tam, a każdy obok mnie przechadza się jak po cmentarzu nostalgii. I znów – sztuka wymyka się z ramy. Żyje gdzie indziej, żyje wszędzie.


Moje osobiste relacje z tematami przemocy, transformacji i doświadczenia czasu pociągnęły mnie w stronę pracy Vanessy Beecroft – performansu oraz długometrażowego filmu z udziałem Bianki Censori. I choć dobrze znam tę scenografię, ten temat i tę perspektywę kobiety konsumowanej, kobiety-ikony, która w świecie Zachodu zaczęła się od wizerunku Marilyn Monroe, a w kulturach Wschodu funkcjonowała pod postacią gejszy – usłużnej, stworzonej do towarzystwa i zabawy – dziś przybiera formę lateksowej rzeźby, równie uległej i ofiarnej. Mimo że chciałabym powiedzieć: „to już było”, wiem, że to nadal jest. Siłę przekazu wzmocniło pojawienie się samej Bianki Censori i Kanye Westa na otwarciu wystawy. Dodało to kolejny wątek, który wymyka się czterem ścianom projekcji i wychodzi do świata zewnętrznego. Paradoksalnie to właśnie ten pozornie niezauważony moment – chwila, w której historia przenika do świadomości szerszej publiczności – odsłania prawdziwy obraz rzeczywistości. Praca w moim odczuciu nawiązuje do szokujących doniesień dotyczących nadużyć, przemocy np. związanych ze sprawą Epsteina lub innego oprawcy w lustzranym mercedesie… pozostawiając jednak pytanie bez odpowiedzi: na ile wciąż nas to szokuje, a na ile stało się już częścią codzienności.



Unlimited to wystawa mocna – nie tylko ze względu na skalę, ale dlatego, że pokazuje obiekty, które w zwykłych galeryjnych przestrzeniach nie mają miejsca. Tutaj, nareszcie, dostają światło. I uwagę, jakiej zasługują.
Wracam z Bazylei z głową pełną obrazów, które jeszcze długo będą się we mnie układać – niektóre na nowo, inne dopiero teraz, z odpowiednim dystansem. To nie było dla mnie wydarzenie do „zaliczenia”, lecz coś, co naprawdę zostaje w środku, w sposobie patrzenia na świat, na ludzi, na to, co tworzymy i czym się otaczamy.
W kolejnym wpisie zostawię na chwilę emocje na rzecz praktyki – skoncentruję się na trendach, które jako projektantka wnętrz uznałam za najbardziej interesujące. Bo ART Basel to nie tylko sztuka sama dla siebie – to także soczewka, przez którą widać, dokąd zmierza estetyka, materiał, forma. A to już zupełnie inna, równie fascynująca historia.
Abrazos. M.